Zainteresowany ofertą?
Zadzwoń na naszą infolinię:
601 321 557
Zamów bezpłatną rozmowę

Nurkowanie Arktyka Spitsbergen – wyprawa nurkowo-odkrywcza na Arktykę

Nurkowanie Arktyka

Nurkowanie Arktyka

Dzień 10 lipca 2017 roku, w którym wylądowaliśmy, ba, jeszcze byliśmy w powietrzu, ale obserwowaliśmy arktyczne fiordy Svalbardu (Spitsbergen) z okien samolotu, był wspaniały ze względu na pogodę. Bezwietrznie i słonecznie. Tu na Arktyce to prawdziwe błogosławieństwo. Po wyjściu z malutkiego lotniska widok zachwycił nasze oczy. Endorfiny zniwelowały zmęczenie naszych organizmów, a oczy same śmiały się do horyzontu.

 

Cały ten region odkryty został przez W. Barentsa w 1596 roku. Prawdopodobnie znany był Wikingom we wczesnym średniowieczu, a słowiańscy żeglarze znad Morza Białego docierali tam już w XIII. Od 1920 roku w posiadaniu Norwegii (zarządza regionem norweski Gubernator). W 1934 pierwsza polska wyprawa wykonała na Ziemi Torella pierwsze w historii badania polskich naukowców.

Nazwa Spitsbergen, tj. ostre góry, została nadana przez holenderskich odkrywców archipelagu, którzy w 1596 roku ujrzeli spiczaste wierzchołki gór wyłaniające się z morza. Natomiast nazwa Svalbard oznacza zimne wybrzeża i po raz pierwszy pojawiła się w islandzkich źródłach pisanych w XII wieku.

Mowa jest czasami o Spitsbergenie, czasami o Svalbard. O co w tym chodzi? Ja też nie bardzo wiedziałem. A zatem Svalbard jest norweską prowincją w Arktyce obejmującą swym zasięgiem archipelag Spitsbergen, którego największą wyspą jest właśnie Spitsbergen. Znajduje się 1100 km od Bieguna Północnego. Jest to prawdziwa kraina lodu, ok 60% powierzchni wyspy pokrywa wieczna zmarzlina. Wpływamy do fiordu i od razu z miejsca widzimy 7-12 lodowców. Jest to kraina dzika, bezludna. Na wyspie żyją dziko niedźwiedzie polarne. Z jakiejkolwiek osady ludzkiej nie wolno wychodzić bez broni palnej. Dla kogoś, kto dość ma wielkich metropolii, hałasu i zgiełku cywilizacji jest to idealne miejsce, aby trochę urwać się w samotność ciszy. Spacerując całymi dniami po wyspie jedynymi żyjącymi istotami, jakie spotkamy są ptaki, czasami uda nam się dostrzec lisa polarnego, w wodzie foki, a dalej na północy - morsy. Dalej od Longyearbyen jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.

Główne wyspy archipelagu:

  • Vestspitsbergen (Spitsbergen Zachodni, od 1969 roku nazywany Spitsbergenem),
  • Nordaustlandet (Ziemia Północno-Wschodnia),
  • Barentsøya (Wyspa Barentsa),
  • Edgeøya (Wyspa Edge'a),
  • Prins Karls Forland (Ziemia Księcia Karola). To tu właśnie morsy obserwowaliśmy.

Łączna powierzchnia ponad 1000 wysp i wysepek tworzących archipelag wynosi 62 800 km2.

 

W 2008 roku National Geographic Adventure uznało Spitsbergen, główną wyspę Svalbardu, za najlepsze miejsce dla amatorów zimowych przygód na śniegu  i lodzi.

Największą miejscowością archipelagu jest Longyearbyen (około 2000 mieszkańców), uznawane za nieoficjalną stolicę Svalbardu. Inne osady to: Barentsburg, rosyjska osada, norweska stacja badawcza w Ny-Ålesund oraz polska stacja polarna w Hornsund, gdzie przebywa zespół złożony z kilku naukowców.

Już pierwszego dnia dowiedzieliśmy się, że 10 dni przed naszym przylotem podczas rejsu naszym jachtem poprzednia grupa na własnej skórze doświadczyła potęgi natury. Podpłynęli do lodowca na ok. 300 m (takie jest mniej więcej minimum według lokalnych przepisów), lodowiec nagle ocielił się wielkością małego bloku mieszkalnego i fala tsunami przykryła jacht. Zarówno jachtowi, jak i załodze nic się nie stało (jedynie drobne potłuczenia, ogólny bałagan na jachcie), jednak kapitan wspomina to wydarzenie podkreślając, iż nauczyło go ogromnej pokory do otaczającej go natury.

Do mnie natomiast powoli dotarło…. „a więc to na prawdę się zdarza”.

Drugiego dnia po naszym przybyciu, przed wypłynięciem w morze idziemy z kapitanem do Gubernatora odebrać pozwolenie na nasz rejs, a następnie wypożyczyć broń. Nie wolno schodzić na ląd bez broni ze względu na niebezpieczeństwo ataku niedźwiedzia polarnego.

Wypożyczyłem karabin Winchester i dodatkowo 20 naboi dla całej grupy, aby każdy miał okazję strzelnic raz w ramach ćwiczeń. Naboje ćwiczebne od tych na niedźwiedzia różnią się - te na niedźwiedzia wypożyczane są łącznie z karabinem. I lepiej, aby nie spotkać tego białego olbrzyma, mimo, że każdy chce go zobaczyć. Średnio, co dwa lata ginie ktoś w wyniku ataku niedźwiedzia. Jednym z bardziej tragicznych wydarzeń było to z 2014 roku. Niedźwiedź wyciągnął za głowę z namiotu śpiącego turystę, drugi zaczął uciekać i niedźwiedź rzucił się na niego rozrywając, trzeci z obozu w ostatniej chwili przeładował karabin i zastrzelił olbrzyma. Karabin trzeba nosić zawsze ze sobą w połowie załadowany. Gdy kręcimy się po głównym mieście Svalbardu lub wchodzimy do jakiegoś domostwa, baru czy sklepu komora karabinu musi być pusta i wszyscy muszą to widzieć. Lokalne przepisy bezpieczeństwa dość dokładnie o tym mówią. Oczywiście, aby wypożyczyć karabin, trzeba mieć pozwolenie na broń. W naszym przypadku miał je kapitan. Jeśli ktoś chce odwiedzić Spitsbergen, a nie ma takowego, nie dostanie pozwolenia od Gubernatora na wycieczkę w teren.   Można oczywiście zapłacić i zabrać ze sobą przewodnika, który jest też w takim przypadku ochroniarzem.

W przypadku tej ekspedycji ja nosiłem broń – odbyłem odpowiednie przeszkolenie i zgodę od kapitana naszego jachtu.

Rozpisałem się o lokalnych przepisach, szczegółach turystycznych, a tym czasem drugiego dnia po zrobionych zakupach w markecie spożywczym i zatankowaniu paliwa wyruszamy z naszej mariny w Longyearbyen na wielką przygodę. Płyniemy do Piramiden, później pod lodowiec, a w drodze powrotnej do Longyearbyen. Plan zakłada nurkowanie przy małej wysepce niemalże na środku fiordu Billefjorden. Okazało się po wszystkim, że to rezerwat przyrody, gdzie niekoniecznie można nurkować, ale w nieświadomości daliśmy radę.

Do Piramiden (Inaczej Miasto Duchów), opuszczonej osady, gdzie Rosjanie wydobywali węgiel kamienny, dopływamy około północy. Cumujemy do prowizorycznej kei i idziemy na spacer. Ktoś z grupy dzielnie wydarł do przodu. Szybko kapitan zwrócił uwagę, że niedźwiedź może czaić się za rogiem, dosłownie za każdym budynkiem. Idziemy zatem razem, ja idę dumnie z wypożyczonym winchesterem. Widok dla przeciętnego Polaka raczej nieprzeciętny, zatem rzucili się na mnie z aparatami fotograficznymi jakbym, co najmniej był DiCaprio.

W mieście zarządzanym przez Rosjan niegdyś mieszkało 1000 osób. Węgiel kamienny, który nie był zbyt dobrej jakości, wysokie koszty transportu spowodowały, że miejcie to przestało być rentowne. Dla Rosjan było to wbrew pozorom wymarzone miejsce pracy - mieszkanie, jedzenie, wszystko za darmo i dodatkowo wysoka pensja. Gwoździem do trumny była katastrofa lotnicza samolotu TU 134 w 1986 roku. Samolot wiózł 140 osób i rozbił się o górę w okolicach Longyearbyen. Jelcyn zarządził zamknięcie osady i szybki wyjazd do kraju. Widać, że budynki, basen, kantyna, kuchnie, mieszkania opuszczone były w wielkim pośpiechu. W wielu przypadkach osobiste rzeczy zostały tak, jakby ktoś na chwilę tylko odszedł, aby zaraz wrócić do codziennych zajęć. Jest to niewątpliwie miejsce, które na pewno warto zobaczyć.

Rano, już z młodą rosyjską przewodniczką, idziemy znowu na zwiedzanie Piramiden. Pierwsza informacja - dwa tygodnie temu w mieście grasował niedźwiedź. No ładnie. Oczy zaczęły wszystkim chodzić na wszystkie strony. Zwiedzamy zakątki miasteczka, czy raczej osady należałoby powiedzieć. Trawa specjalnie z Ukrainy przywieziona, pomnik Lenina, napisy z czasów dawnej świetności komunizmu. Oczywiście przyroda zaczęła anektować niektóre zakamarki, jako swoje. Świetnym przykładem jest jeden z budynków w centrum, gdzie mewy zaadaptowały cały budynek na swoje lęgowiska. Na koniec lądujemy w kantynie w jedynym hoteliku w mieście dla kilkunastu mieszkańców, a tam: barszcz ukraiński, piwo, alkohole wszelakiej maści. No kuchnia i miejsce kompletnie niepasujące do liczby osób, które obecnie mieszkają w tym mieście. Sztuk 12. Jednak zamiarem Rosjan jest zrobienie z tego miejsca atrakcji turystycznej dla przypływających turystów. Promy turystyczne typu Costa Concordia z 2, a nawet 3 tysiącami turystów na pokładzie, nie są tu rzadkością. Tylko przez pierwsze dwa dni widzieliśmy trzy takowe w okolicy.

Opuszczamy Piramiden i płyniemy pod lodowiec w tym samym fiordzie.

Zatrzymujemy się około 400 metrów od czoła lodowca. 3 razy cieli się na naszych oczach. Publika zachwycona, szoty aparatów fotograficznych dźwięczą cały czas na pokładzie naszego jachtu, a nawet dron śmiga tu i ówdzie robiąc niesamowite ujęcia. To, co mnie najbardziej zastanowiło, to jak dużo ptaków jest w tych okolicach. Mnóstwo, prawdziwe tysiące ptaków różnych gatunków. Tu i ówdzie wynurza się foka. Wyczekujemy na Bieługi (inaczej narwale), acz ten zwierzak jest bardzo płochliwy. Wszyscy napawają się widokiem. Wreszcie ruszamy  z powrotem do Longyearbyen, jedynej cywilizacji na tym archipelagu. Po drodze zatrzymujemy się na nurkowanie przy wyspie. Widoczność przy powierzchni - około 4 metry, poniżej 10 do 15 metrów. Do 9 metrów głębokości algi charakterystyczne dla tego regionu, poniżej - same skały z mnóstwem czerwonych, pomarańczowych i białych ukwiałów. Kraby, ślimaki, nieliczne ryby typu diabeł morski, generalnie skorpenowate. W tym miejscu mała ścianka opada z 9 do 18 metrów i dalej płasko dno już schodzi powoli do głębin. Pierwsze nurkowanie pokazało, że woda jest tak słona, iż trzeba nie 12, ale 16 kg ołowiu zabrać do suchego skafandra.

Po wypłynięciu następnego dnia z Longyearbyen podróżujemy już w deszczu. Pogoda się popsuła, niski pułap chmur, wilgotno i temperatura wody 6 stopni, na powietrzni podobnie. Płyniemy do wyjścia z głównego fiordu Isfjord, gdzie jeszcze tego samego dnia po nurkowaniu u podnóża lodowca płyniemy dalej na oglądanie morsów. Cel zostanie osiągnięty około 1.00 w nocy, tak więc już kolejnego dnia schodzimy na ląd, aby zobaczyć te wielkie cielska.

 

Nurkowanie, które zrobiliśmy przy Bohemanneset (rezerwat ptaków) nauczyło nas, że tam gdzie lodowiec schodził do wody, dno nie będzie ostro opadało w głębiny tylko łagodnie. W końcu przez tysiące lat lodowiec znosił osad z gór. Na dnie mnóstwo jeżowców, krabów, a w toni - perłopławów i planktonu. Gdzie niegdzie krewetki i pojedyncze ryby denne. Miejsce dość monotonne w porównaniu z naszym pierwszym. Niemniej jednak to Morze Grenlandzkie. Kto nurkował w Morzu Grenlandzkim? To jednak brzmi dumnie. Płyniemy zatem na morsy, które oglądać możemy już na Morzu Arktycznym. Około północy ktoś z naszej 12 osobowej załogi zauważył wielką fontannę wydobywająca się z morza. Po czym charakterystyczny okrzyk „wieloryby” zerwał na nogi tych wszystkich, którzy spali już w kajutach. Wszystkie aparaty poszły w ruch. Jest północ. Cudownie z ciężkich warstw niskiego pułapu chmur wychodzi słońce i oświetla morze. Wielkie cielska przewalają się miedzy niedużymi falami. Liczymy. Ktoś krzyknął pierwszy, 5 sztuk. Patrzymy na fontanny wydobywające się z olbrzymów, odległość około 300 metrów. Nagle tuż przy łodzi, może 30 metrów odległości, wynurzył się Minke Whale. Aż słychać jak oddycha, zerknął okiem na naszą łódź, kilka razy wymienił powietrze w swoich gigantycznych miechach i zanurkował. Gdy nurkował płetwa wychodziła ponad powierzchnie wody. Wówczas okrzyki radości mimowolnie wydobywały się z ust wszystkich obserwatorów. Tak nierealne, a jednak to widzimy. Z innych gatunków wielorybów, które można tu obserwować, występują jeszcze Blue Whale, White Whale, Bowhead Whale, Humpback Whale,Sperm Whale, Pilot Whale i oczywiście orki czyli Killer Whale.

Płyniemy dalej, koło 2 w nocy kotwiczymy przy cyplu, gdzie żyje nieduża kolonia morsów. Ci, którzy nie położyli się spać, fotografują morsy pływające wokół naszego jachtu. Ci, którzy nie widzieli, z samego rana wychodzą i patrzą na brzeg, gdzie kilka sztuk przewala się na plaży pilnując rewiru. Już wiemy, że gdy w okolicy są morsy, nie wolno wchodzić do wody. Zwierzęta są bardzo terytorialne i nurkowanie w tym miejscu niekoniecznie mogłoby się dobrze skończyć. To cielsko ma kły wielkości około pół metra. Tylko patrząc nabieramy pokory, mimo że na lądzie zwierzęta te są ociężałe. Po śniadaniu plan zakłada popłynięcie pontonem na brzeg i oglądanie tych olbrzymów bliżej. Emocje rosną.

Rano, co u nas znaczyło około 11.00-12.00, ruszamy pontonem po 3 osoby na brzeg. Płynę z pierwszą grupą, jako ochroniarz ze strzelbą. Dopływamy za mały cypel i już widać… są. Małe stado morsów wyleguje się na czarnej plaży nieopodal koloni lęgowej rybitw arktycznych. Schodzimy na ląd, idę zobaczyć na wydmę, czy nie widać gdzieś na horyzoncie niedźwiedzia. Niedźwiedzia nie widać, ale z nieba atakują moją głowę rybitwy. Musiałem wejść w ich obszar lęgowy.  Kolejni uczestnicy wyprawy przypływają. Początkowo bardzo ostrożnie podchodzimy do morsów, trzymamy dystans. Po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że niewiele sobie robiły te zwierzęta z naszej obecności. Podchodzimy nieco bliżej, ale jednak dystans trzymamy. Wielkie piękne zwierzęta. W wodzie pływa jeszcze kilka sztuk. Nie wierzymy własnym oczom, że było nam to zobaczyć na tym kompletnym odludziu na wyspie Prins Karls Forlands.

Widać morsy te upodobały sobie właśnie tę plażę, gdyż w miejscu ich odpoczynku jest wybudowany mały domek dla naukowców czy też biologów, którzy czasami obserwują te zwierzęta.

Gdy już nasze oczy nacieszyły się widokiem tych dzikich ssaków morskich, wracamy na łódź i płyniemy dalej w kierunku polskiej stacji badawczej „Toruń”. Po drodze planujemy jeszcze jedno nurkowanie na małym wypłyceniu, gdzie linie izobaryczne na mapie są dość gęsto położone. Może to świadczyć o dość szybko opadającym dnie. Cóż płyniemy. Po zaparkowaniu, krótka odprawa i wchodzimy do wody. Płynąc lekko w lewo dno opada dużo szybciej, a tam na skałach zobaczyliśmy mnóstwo życia arktycznego. Dwóch nurków z naszej grupy na płytkiej wodzie stwierdziło, że jest bardzo zła przejrzystość, zatem wynurzyli się. Nie wiedzieli, w jakim niebezpieczeństwie się znajdują,  bowiem okazuje się, że dokładnie w tym miejscu, gdzie nurkowali, na dnie, żerował mors. Gdy się wynurzyli dosłownie 30 metrów obok nich na powierzchni także pokazał się mors. Zobaczywszy to nasz kapitan z miejsca przeładował winchestera i wskoczył na ponton płynąc w kierunku nieświadomych jeszcze nurków. Wszystkie lokalne przewodniki opisują, że gdy mors jest w wodzie, nie powinno się wchodzić do wody, jako że jest to bardzo terytorialny ssak. Nie było żadnego aktu agresji ze strony morsa, ale to wciąż jednak dzikie zwierzę. Na jednym z poprzednich rejsów mors podpłynął do jachtu i kłem przebił obijacz, który był przewieszony na zewnętrznej burcie. Gdy wszyscy cali i zdrowi wyszli z wody ruszamy w kierunku polskiej stacji badawczej Uniwersytetu im. Kopernika w Toruniu.

Na Spitsbergenie można zaobserwować dwa szczególne okresy. Dzień polarny i noc polarną. Oba okresy trwają ponad trzy miesiące. Słońce świeci wówczas na okrągło przez całą dobę lub znika zupełnie pod horyzontem. Dzień polarny panuje od 19 kwietnia do 23 sierpnia. Wizyta u grupy naukowców o 1.00 w nocy nie jest tu zatem nieuprzejmością.

Sześciu młodych ludzi, studentów z uniwersytetu przywitało nas na brzegu. Jak to polska gościnność my im kiełbasy i filety świeżo złowionych dorszy, a i alkohol się znalazł. Oni nam opowieści ze stacji badawczej. Niektórzy z polarników już 9. raz przyjechali w to miejsce.  Tu właśnie, na tym odludziu, każdy miał okazje postrzelać z winchestera, ot choćby dla sprawdzenia czy rzeczywiście działa. Karabin sprawdzony, teraz wiemy, że jest to sprawna broń na niedźwiedzia.

Ostatnio w stacji polarnej niedźwiedź był widziany na wiosnę, ale ślady wokół budynku dowodzą jego niedawnej bytności. Znowu potwierdza się realne ryzyko, że faktycznie tu są.

Następnego dnia mijamy St.Jansfiorden i płyniemy do Ny- Alesund - najbardziej wysunięta na północ osada na kuli ziemskiej. Przy okazji przekraczamy 79 równoleżnik. Znowu kierując się liniami głębokościowymi na mamie Spitsbergenu, opracowuję plan nurkowy, jednak Artur - w tym momencie sterujący jachtem - wypatrzył jeszcze jedno, wydaje się, też dobre miejsce nurkowe. Na mapie zaznaczone są tam groty. No cóż, zatem czas na nurkowanie. Przy powierzchni przejrzystość nienajlepsza, zresztą tak jest wszędzie we fiordach, gdzie topnieje lodowiec. Słodka woda przy powierzchni niesie zawiesinę z topniejącego lodu. Od głębokości około 9 metrów przejrzystość już dobra. Algi, charakterystyczne lasy wielkoliściastych wodorostów rosną tutaj do głębokości 10 metrów, poniżej już tylko pojedyncze łodygi, aż w końcu od 15 metrów nie ma już praktycznie żadnych alg. W tym miejscu nurkowym stok na głębokości 10 metrów zaczął bardzo ostro opadać w dół. Mapy pokazywały tu około 100 metrów. Na stoku dużo krabów, zresztą jak wszędzie. Tłumaczy to m.in. obecność wielu fok i morsów w tych okolicach. To jest właśnie główne ich pożywienie.

Po nurkowaniu cumujemy w Ny-Alesund - kiedyś wioska, w której wydobywano węgiel. Dziś tylko naukowcy rezydują w kilkunastu domkach i robią badania wszystkiego co dotyczy przyrody, morza i lodowców. To właśnie w Ny-Alesund był zaparkowany zeppelin Umberto Nobile tuż przed pierwszą wyprawą w głąb Spitsbergenu. Wieża, do której sterowiec był przycumowany, ciągle stoi. Ciekawa historia nota bene z katastrofą i akcją ratowniczą zleconą przez samego Mussoliniego. Polecam poczytać. Spacer z nieodłączną strzelbą…. Kilka dni wcześniej o 5.00 rano po miasteczku chodził niedźwiedź.

Wieczorem, o ile można to tak tu nazwać, bo przecież słońce nie zachodzi, płyniemy pod lodowiec. Tam ogromne bryły i małe góry lodowe wyglądają niezwykle spektakularnie. Nie możemy się powstrzymać, żeby nie zrobić sobie zdjęcia na takiej górze lodowej. Nasz kapitan Sławek zaparkował dziobem w lodzie. Schodzimy z pokładu, niczym prawdziwi polarnicy tyle, że w suchych skafandrach. Frajda niesamowita. Bawimy się jak dzieci.

Noc spędzamy przy kei w Ny-Alesund, później ruszamy na nurkowanie w miejsce polecone przez spotkanego w lokalnym barze polskiego kapitana Wojtka. Pionowa ściana przylądka Kvadehuken opada tu do ok. 200 metrów. Przejrzystość już o niebo lepsza. Ściana usiana ukwiałami, a w okolicy kolonia fok odpoczywa na piaszczystej plaży. Drugie nurkowanie robimy około 2 mile dalej w tym samym ciągu ściany podwodnej. Tu, na powierzchni, zaskakuje nas niebywale silny prąd. Na szczęście na głębokości 5 metrów już złagodniał do zera. Ściana także zapierająca dech w piersiach. Tu już wypatrzyliśmy zębacze i dorsze. Miejsce na zdjęciach wygląda jak rafa koralowa albo przynajmniej jak ściana w Chorwacji, a to przecież Morze Arktyczne!

Czas ruszać już w dół na południe - przed nami noc płynięcia. Morze nieco się rozbujało, ale nie było źle. Około południa wpływamy do fiordu, gdzie położona jest miejscowość Barentsburg - rosyjska osada, gdzie wciąż wydobywają węgiel kamienny. Najpierw jednak, po przeciwległej stronie miasteczka, nurkujemy przy cyplu. 29 metrów od brzegu sonar pokazuje już 60 metrów. Z niecierpliwością wchodzimy do wody. Okazuje się, że to piarg, zbocze, osypisko, stok pod ostrym kątem opadający w dół. Im głębiej, tym ostrzejsze nachylenie stoku. Na dnie trochę krabów, na płytkiej wodzie charakterystyczne algi. Woda bardzo czysta, jak na te wody - 15 metrów było na pewno. Na noc płyniemy do rosyjskiego miasteczka Barentsburg. Rosjanie wydobywają tam antracyt. Bardzo wysokiej jakości węgiel, dlatego aż na dalekiej północy są wykopaliska. Ciekawostką jest, że węgiel ten usypuje się dosłownie ze zboczy gór zatem wydobywanie jest łatwiejsze i nie wymaga kopania korytarzy na 800 metrach głębokości.

W miasteczku czas się zatrzymał około 30 lat temu. Pomniki Lenina, hasła typy dążymy do komunizmu. Kantyna i sklep uderzająco przypominające mi moje dzieciństwo, kiedy to w Świnoujściu, gdzie stacjonowały wojska radzieckie, można było w radzieckiej dzielnicy naleźć sklepy w podobnym klimacie.

Tu możemy jednak usiąść w hotelu przy piwku i jest sauna, z której każdy z nas z ochotą skorzystał.

Następnego dnia rano ruszamy już do Longyearbyen. Jednak po drodze zatrzymujemy się przy wysokim zboczu góry pionowo wchodzącej do wody. Prawdziwe eldorado dla ptaków. Tysiące gniazd wysoko na szczytach gór zdradzają swoją obecność… hałas skrzeczących mew i innych gatunków ptactwa latającego mąci ciszę. Pod wodą stok opada w niektórych momentach jak hałda węgla, w innych są ścianki, w jeszcze innych skały wystające z dna ukrywają życie podwodne typu zębacze i kraby. W tym miejscu widziałem wreszcie duże ryby z rodziny dorszowatych na dnie, a nawet płaszczki i ogończe, ale zupełnie inne niż te, które widuje się w tropikach. Generalnie najpowszechniejszą rybą, która tu zobaczymy jest dorsz i zębacz, ale występują tu także okresowi łososie, trocie, grubosze, gelce arktyczne, łupacze (inaczej paddock). Dodatkową atrakcją miejsca były lawiny kamienne, które schodziły ze zbocza góry tu i ówdzie - też rzadki widok, a przy tej scenerii dodatkowo potęgujący doznania.

Dziewięć dni minęło nie wiadomo, kiedy. Tyle atrakcji jest na Svalbard, że dopiero w domu trzeba będzie wrócić pamięcią do tego wszystkiego, co się widziało. Wieloryby, morsy, foki, ptactwo, które tu bardziej nurkuje, niż lata. Ogromna ilość ptaków - im bliżej lodowca, tym więcej. Maskonury, które na Lofotach czy w Islandii, aby wypatrzyć, trzeba mocno się napocić, tu latały nad głowami stadami. Podczas tej wyprawy poznałem także nowe pojęcie „szarżowanie lodowca”. O cieleniu się lodowca słyszałem, ale o szarżowaniu? Zdarza się to zwykle na wiosnę, kiedy świeci ostre słońce. Lodowiec przesuwa się wówczas do 4,5 metra na dobę. To jest właśnie szarża lodowca.

Miejsce niezwykłe, wciąż dzikie, ogromne przestrzenie bez żywego ducha. Trzeba to uwzględnić planując jakąkolwiek wizytę na Spitzbergenie. Jednak nie ma osoby, która wracając z tego miejsca, nie jest zachwycona, oczarowana, czy wręcz zaczarowana tym miejscem. Nurkowania w wodach Morza Grenlandzkiego i Arktycznego, które okala Spitsbergen, nie są jakieś wybitnie spektakularne. Surowość i chłód wody stwarza tu specyficzną biosferę, także pod wodą. Ryby żyją w głębinach i na otwartej wodzie. Jest tu dużo dużych gatunków także ssaków morskich, które można wyparzyć. Pod wodą głównie algi, mnóstwo krabów, ukwiały charakterystyczne dla zimnych wód.  Nie ma tu na płytkich wodach czy przy ścianach podwodnych tak dużo ryb jak widuje się w Chorwacji czy tropikach. Nie spodziewajmy się tu nie wiadomo czego, a planując nurkowania trzeba uwzględnić, że nie zawsze da się zanurkować. Zimno szybko weryfikuje nas zapał do nurkowania. Warunki atmosferyczne, prądy morskie, dzikie zwierzęta mogę pokrzyżować nam plan nie wiadomo jak dokładny.

Przez 9 dni zrobiliśmy 8 nurkowań. Każde było w innym miejscu, każde było wyjątkowe i na każdym widzieliśmy coś innego. Warto zapamiętać, iż szukając miejsca nurkowego płyńmy tam, gdzie są wysokie klify z ptakami. Prądy są tu lekkie i głównie na powierzchni. Niemalże zawsze w fiordach, gdzie są lodowce, przejrzystość wody przy powierzchni nie rozpieszcza. Dopiero od mniej więcej 7. metra zaczyna być lepiej z wizurą. Generalnie - im dalej od wypływającej rzeki i od lodowców - tym bardziej czysta woda. Biełuchy (narwale) występują głównie przy lodowcach.

Ciekawostką okolic jest to, że z racji bliskości bieguna północnego, kompasy w niektórych miejscach kompletnie wariują. Miał okazję przekonać się o tym Marcin, który latał dronem przy lodowcu. Dron kompletnie gubił kierunki. Zresztą we wszelkiego rodzaju przewodnikach jest informacja, że GPS jest tu najlepszą forma nawigacji. Kompasy nurkowe też nie zawsze są wiarygodne. Słowem - trzeba być czujnym.

Spitsbergen urzekł każdego z grupy łącznie ze mną i już wiem, że zimne wody są celem kolejnych moich wypraw. Kończąc tą relację siedzę już w marinie Longyearbyen i mimo chłodu, gorąco polecam.

Wyjątkowo w relacji nie napisałem ani słowa o doznaniach kulinarnych. Ten wątek wyprawy skwituję jednym zdaniem - cały tydzień zajadaliśmy się świeżo wyciągniętymi z morza rybami, głównie dorszami.  Lepszej rekomendacji nie trzeba.

Na koniec dwa linki, które mogą się przydać. Mapa Svalbard www.topesvalbard.npolar.no oraz mapa miejsc nurkowych Norwegii www.dykkepedia.com.

Do zobaczenia na kolejnej wyprawie

Galeria zdjęć

 

Autor: Rudi Stankiewicz

Zdjęcia: Rudi Stankiewicz, Marcin Molęda, Jacek Wolanin

Masz pytania?

Wystarczy, że do nas napiszesz lub zadzwonisz:
Bestdivers@bestdivers.pl
Tel. (+48) 601321557 / (+48) 698529073